Wolontariat nie potrzebuje bohaterów. Potrzebuje ludzi, którzy zostają


Wolontariat często pokazujemy za pomocą kilku dobrze znanych obrazów: uśmiechnięci ludzie w jednakowych koszulkach, wspólne zdjęcie po wydarzeniu, paczki przygotowane dla potrzebujących i obowiązkowe podziękowanie za „wielkie serca”. Wszystko wygląda dobrze – przynajmniej przez chwilę.

Problem zaczyna się później. Kiedy kończy się wydarzenie, znikają aparaty, a do wykonania pozostaje zwyczajna, mało widowiskowa praca.

Kto zadzwoni do samotnej sąsiadki również za tydzień? Kto po raz trzeci przypomni mieszkańcom o spotkaniu? Kto poprawi źle przygotowaną listę, odbierze klucze do sali, zawiezie materiały albo wysłucha człowieka, który po raz kolejny opowiada tę samą historię?

Wolontariat lokalny nie opiera się na wielkich gestach. Opiera się na obecności.

Najważniejsze działania źle wyglądają na zdjęciach

Wiele rzeczy, które rzeczywiście zmieniają lokalną społeczność, jest zupełnie niefotogenicznych. Rozmowa przy kuchennym stole. Telefon wykonany do osoby, która od kilku dni nie wychodzi z domu. Pomoc w wypełnieniu formularza. Towarzyszenie komuś podczas pierwszej wizyty w urzędzie. Spokojne tłumaczenie zasad spotkania sąsiedzkiego dwóm osobom, które od dawna pozostają w konflikcie.

Nie ma w tym spektakularności. Czasami nie ma nawet natychmiastowego rezultatu.

Jest za to coś znacznie cenniejszego – zaufanie. A zaufania nie buduje się podczas jednego wydarzenia. Powstaje z drobnych sytuacji, w których ktoś powiedział: „będę” i rzeczywiście przyszedł.

Lokalny wolontariusz nie zawsze jest osobą, która robi najwięcej. Często jest osobą, o której mieszkańcy wiedzą, że można się do niej zwrócić.

Nadmiar wielkich serc, niedobór wolnych rąk

Lubimy mówić, że wolontariusze mają wielkie serca. Brzmi pięknie, ale bywa też niebezpieczne. Sprowadza zaangażowanie społeczne do szczególnej cechy charakteru, jakby wolontariat był zajęciem dla ludzi wyjątkowo dobrych, bezinteresownych i gotowych do poświęceń.

Tymczasem społeczności nie potrzebują kolejnych bohaterów działających do utraty sił. Potrzebują osób, które potrafią pomagać w sposób odpowiedzialny – także wobec samych siebie.

Można być wolontariuszem przez dwie godziny w miesiącu. Można nie lubić występować publicznie, ale świetnie prowadzić dokumentację. Można nie mieć samochodu, pieniędzy ani rozbudowanej sieci kontaktów, a mimo to znać wszystkie starsze osoby z osiedla. Można też odmówić wykonania zadania, które przekracza nasze możliwości.

Granice nie są zaprzeczeniem zaangażowania. Są warunkiem, dzięki któremu człowiek nie znika po pierwszych tygodniach działania.

Lokalność oznacza, że spotkamy się ponownie

W dużej akcji pomocowej można pojawić się na kilka godzin, wykonać zadanie i wrócić do własnego życia. W wolontariacie lokalnym jest inaczej. Osoby, którym pomagamy, spotykamy później w sklepie, autobusie, przychodni albo na klatce schodowej.

Nie jesteśmy anonimowi – ani dla nich, ani oni dla nas.

To właśnie sprawia, że lokalne działanie jest szczególnie wymagające. Trudniej zachować dystans. Szybciej dowiadujemy się o rodzinnych konfliktach, problemach finansowych i wieloletnich sąsiedzkich sporach. Czasami od jednej prośby o pomoc przechodzimy do oczekiwania, że będziemy dostępni zawsze.

Dlatego wolontariat lokalny potrzebuje nie tylko entuzjazmu, ale też mądrych zasad. Wolontariusz musi wiedzieć, gdzie kończy się jego rola, do kogo może skierować osobę potrzebującą specjalistycznej pomocy i co zrobić, gdy sytuacja zaczyna go przerastać.

Dobra wola nie zastąpi przygotowania. A bliskość nie oznacza, że trzeba brać odpowiedzialność za całe życie drugiego człowieka.

Niewidzialna sieć bezpieczeństwa

Każda miejscowość ma osoby, które wiedzą więcej, niż można znaleźć w oficjalnych rejestrach. Wiedzą, kto od dawna mieszka sam, komu trudno zrobić zakupy, czyje dziecko przestało pojawiać się na zajęciach i która rodzina potrzebuje pomocy, choć nigdy sama o nią nie poprosi.

To nie jest wiedza instytucjonalna. To wiedza wynikająca z obecności.

Lokalni wolontariusze tworzą nieformalną sieć bezpieczeństwa. Dostrzegają problemy wcześniej, niż pojawią się one w dokumentach. Potrafią dotrzeć tam, gdzie oficjalny komunikat nie wystarczy. Czasami właśnie oni są pierwszymi osobami, które zauważają, że ktoś przestaje sobie radzić.

Nie oznacza to, że wolontariat powinien zastępować państwo, samorząd czy profesjonalne usługi społeczne. Wręcz przeciwnie. Zadaniem wolontariuszy nie jest łatanie wszystkich dziur systemu własnym czasem i zdrowiem. Ich siłą jest dostrzeganie człowieka tam, gdzie system widzi przede wszystkim procedurę.

Zwyczajność, która zmienia społeczność

Najbardziej wartościowy wolontariat nie zawsze generuje największą liczbę wydarzeń, uczestników i kolorowych fotografii. Czasem jego najważniejszym rezultatem jest to, że ktoś po wielu miesiącach samotności zaczął ponownie wychodzić z domu. Że mieszkańcy jednej ulicy nauczyli się ze sobą rozmawiać. Że młoda osoba po raz pierwszy poczuła, iż jej zdanie ma znaczenie. Albo że grupa ludzi przestała czekać na „kogoś odpowiedzialnego” i sama zajęła się wspólną sprawą.

Takich zmian nie da się zamknąć w jednym poście ani podsumować liczbą rozdanych ulotek.

Nie potrzebujemy więc opowieści o wolontariuszach, którzy zawsze mają siłę, czas i rozwiązanie każdego problemu. Potrzebujemy wolontariatu możliwego do pogodzenia z prawdziwym życiem – ze zmęczeniem, obowiązkami, gorszym dniem i prawem do powiedzenia „dzisiaj nie mogę”.

Bo lokalnych społeczności nie zmieniają wyłącznie ci, którzy pojawiają się z wielkim gestem.

Najczęściej zmieniają je ci, którzy po prostu nie znikają.

Projekt sfinansowano ze środków Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Rządowego Programu Wspierania i Rozwoju Wolontariatu Systematycznego na lata 2018 – 2030.